Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czar malowniczej przyrody, wonnego powietrza uczynił dozorcą chwilowo łagodnym, ufnym, pobłażliwym, względnym, wesołym.
A do tego stopnia względnym, że przed godziną dwunastą w południe rozkazał bębnić na odpoczynek...
Tedy cała wataha wyszedłszy z boru pod cieniem drzew przydrożnych, na murawie roztasowała się grupami.
My, Polacy, usiedliśmy na uboczu, starając się, jak zwykle, jaknajmniej miejsca zajmować, nie krępować w niczem naszych współtowarzyszów katorgi, nie ściągać na siebie nietylko ich niechęci, lecz nawet ich spojrzeń i uwagi.
Teodor Dostojewski i Sergiusz Durow przysiedli się do nas.
— Po raz pierwszy odkąd przebywam w ostrogu omskim, po raz pierwszy dziś, tutaj oddycham pełną piersią i doznają miłych wrażeń. Wrażeń takich, jakgdybym nie jako katorżnik, w przymusowych robotach, lecz jako człowiek wolny brał udział, w jakiejś zamiejskiej wycieczce — rzekł po francusku powieściopisarz Teodor Dostojewskij.
Katorżnicy zbrodniarze nienawidzili „polityków”, szydzili z nas, jako najwyzszą obelgę wytykając nam to, żeśmy nie za pospolite zbrodnie byli na katorgę skazani, a także wytykając nam, przy każdej sposobności, nasze szlacheckie pochodzenie.