Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Świtało...
Na błękitno szarem tle firmamentu, z poza lekkich obłoczków opalowego koloru tu i owdzie ukazywały się jakgdyby świeżo rozkwitłe, blado różowe kwiaty.
Z delikatnych, przejrzystych obsłonek mgieł przedświtowych zaczynał na ziemię wyzierać pogodny, letni, gorący dzień, różowiąc wody Irtyszu, a na bezkresną panoramę kirgiskich stepów, ciągnących się po drugiej stronie wspaniałej rzeki, rzucając świetliste smugi, które zwiastowały, że już wnet ukaże się słońce.
Jakoż niebawem rozbłysło szczodrobliwe i promienne...
Wraz, powiał wietrzyk ożywczy... jakieś radosne szmery przeciągnęły ponad nurtami Irtyszu, ponad stepem, ponad dalekim aulem koczowników, ponad tabunem pasących się koni i ponad skalistem wybrzeżem, które w chwili wschodu słońca zaiskrzyło się, jakgdyby grubym, złotym piaskiem posypane.
Tem właśnie nadbrzeżem, o wczesnej porankowej godzinie, wataha katorżników z fortecy omskiej dążyła na roboty.