Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sznej dolinie, od chłodów i wichrów północnych osłoniętej pasmem wyniosłości, lasem świerkowym porośniętych... Ziemia jeszcze dziewicza, żyzna, mogłaby wydawać stokrotne plony, gdyby była zasiana... możnaby było tutaj z korzyścią wielka hodować liczne stada bydła, albowiem ogromne obszary łąk podczas lata stanowiły przedziwne pastwiska, a zimą też dostarczały paszy obfitej...
Mogliby byli obsiewać tyle ziemi, ileby chcieli...
Nikt im gruntów nie wydzielał nikt nigdy nie zaprzeczyłby im prawa własności do zajętych już, chociażby nawet największych przestrzeni...
Ale mieszkańcy Ołoneku nie mieli najelementarniejszych pojęć o dobrodziejstwach, jakie dać może praca, ład i porządek, bogobojność i uczciwość...
— Kilkaset licho i niedbale uprawnych zagonów, zaledwie mogło wyżywić ich nędznie...
Kilka par chudych szkap i niewiele więcej krów, składało cały ich inwentarz, cały dobytek..
Tonęli w niechlujstwie, w nierządzie, w nędzy, na przednówkach przymierali głodem, — jednocześnie literalnie zatapiając się w gorzałce...
We wszystkich dziewięciu chałupach Ołoneku gnieździły się, — stale się gnieździły najwstrętniejsze, a zaraźliwe choroby...
— Żaden lekarz nie pojawiał się nigdy w Ołoncku... Żaden urzędnik, choćby najniż-