Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A więc... a więc, to jest pasterz tabunów koni, jakieś dziwne... jakieś niezwykłe indywiduum! — pomyślałem, wpatrując się w niego coraz uważniej i pomimowoli coraz natarczywiej...
Niedarmo przecież ludzkiemu wzrokowi przypisują magnetyczną siłę przyciągania... ów, wedle moich przypuszczeń dozorca, czy też pasterz stad koni, zapewne pod wpływem moich utkwionych w nim oczu, podniósł się żywo, a rzuciwszy jakiś kocyk na swoje zapisane papiery, na swoje gazety i książki, jakgdyby je pragnął przed natarczywą ciekawością uchronić, — uchylając czapkę, zapytał po rosyjsku:
— Czy pan ma jaki interes do mnie?... czy panu czego potrzeba?.,, radbym wiedzieć, czem mógłbym mu służyć?...
Ruch ręki, którą podniósł do czapki, był wytworny, ton, jego głosu był miękki i delikatny, wymowa czysta i dźwięczna, a wszystko łącznie z książkami i gazetami, które go otaczały, łącznie z tem, czem się zajmował przed chwilą, stanowiło niesłychanie jaskrawą sprzeczność, z jego ubogiem ubraniem chłopskiem, z funkcyą koniucha, którą oczywiście na tej łące sprawował...
Byłem tak zdumiony i coprawda tak onieśmielony swoją niedyskretną i natarczywą ciekawością, że na razie nie umiałem zdobyć się na odpowiedź żadną... zaś w głębi duszy sączy zaczy-