Strona:Szymon Tokarzewski - Na Sybirze.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jest, aniżeliby można przypuszczać — zaśmiał się Tomasz Korsak, a ja znów zwróciłem się do tłomacza.
— A czyby wielce zgrzybiały i wielce uczony Kwang-si-tun nie mógł spełnić tego, abym chociaż we śnie, chociaż przez chwilę zobaczył tę ziemię ukochaną, do której tęsknię?
Tym razem, wysłuchawszy tłomacza, chiński lekarz uśmiechnął się i skinął głową potwierdzająco, jakoby mógł uczynić to, o co jest proszony.
Zaczem złożyliśmy zapłatę do skórzanej torby tłomacza, który zaprosił nas w głąb domu, nagląc do pospiechu, albowiem Chińczycy swój dzień roboczy regulują według słońca. Równo z zorzą zachodu wszelkie handlowe i inne zajęcia gasną...
Tylko w palarniach opium o zmierzchu zaczyna się ruch“.
Przez ową halę, kędy w ciągu całego dnia Kwang-si-tun rzeszom pacyentow udzielał porad i leków, tłomacz wprowadził nas do sąsiedniej, znacznie mniejszej i urządzonej zupełnie inaczej.
Ściany tej hali były pokryte tablicami z laki ciemnej, koloru palisandru, ze złoconemi, wypukłemi hieroglifami.
Na niziutkich stoliczkach stały tu przepyszne porcelanowe wazony, w których tkwiły wiązki zielonych gałęzi, oraz bukiety kwiatów o kształtach dziwacznych, budzących domysł, że do świe-