Strona:Stefan Napierski - Elegje.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ELEGJA

Oto spójrz bacznie na mnie: już rudość jesieni,
Odbita w oczach mglistych, na liściach się mieni,
I nad szarym papierem, spod rozwartych dłoni,
W obłoki skąpe wietrzyk znów westchnienia goni,
Jak w płatki pogubione dmucha w zblakłe wiązki
Wyrazów — kruche szarpie ukośnie gałązki,
Że trzepotać się poczną pochyło, jak strzała
Nieruchoma, lub głowa zawisła w pół-ciała.
Poczem równo wygładzi powierzchnię liściastą.
Jak wymięte szpargały, nad obłudne miasto
Wionie, by rąbkiem cienia chłodne musnąć czoła.
— Wtedy spojrzyj raz jeszcze: zmarszczka niewesoła.
Ku brwiom krająca skronie, stygnie w zarys czysty,
Rylcem słońca wydrwiony, jak profil artysty.