Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cypel i zawinąłem szczęśliwie do zatoczki. Wyrzuciwszy z dna łódki łańcuch, okręciłem go mocno parę razy dookoła pnia przybrzeżnej sosny — karlicy, poczem zwróciłem się do Halszki, która w milczeniu śledziła wart wody:
— Wysiadamy?
— Koniecznie? Czy nie lepiej obserwować stąd, z łódki?
Widok wspaniały!
— To prawda. Można podziwiać i z tego ruchomego pomostu.
Zająłem ostatnią ławkę przy dziobie, gdy ona, usiadłszy na szalu rozpostartym na dnie łódki, oparła się plecami o moje kolana.
— Lubię ten szum, Jerzy.
Odchyliła ku mnie głowę.
— Dobrze ci tutaj?
I pochyliłem się ku jej słodkiej twarzy.
— Jak w zaczarowanym śnie — odparła, podając mi usta. I znów słychać było tylko huk wodogrzmotu... Spad był potężny: ciche, rozlane powyżej wysepki szeroko wody jeziora nagle ujęte w kleszcze brzegów spadały przez wąską, skalistą szyję, jakich 200 metrów w dół ku poziomowi rzeki. Stąd, z wysokości wysepki widać było tylko chmurę pian i wrzątek wodnej ciekliny, obrzucającej białemi płatami wiecznie mokre ściany wąwozu. A tam, w dole, gdzie rozbita na miazgę woda przeciskała się pomiędzy pylonami czarnych, strażujących raf, widniała w roztępie wąwozowego wylotu błękitna, spokojna już wstęga Druczy...
Godzina była trzecia, nasycona słońcem popołudnia, rozleniwiająco senna. Z nagrzanej ziemi