Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/40

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Szczególna przygoda... Więc pieniędzy nie przyjęła?
— Nie. Mam wrażenie, że prośba o jałmużnę była tylko pretekstem do wnęcenia się na werandę.
— Hm... takby wyglądało.
— Po jej odejściu uczułam nieokreślony lęk, którego nie mogę opanować dotychczas.
— Ależ, Halszko, jesteś przeczulona! Lepiej nie myśleć o tak błahem zdarzeniu.
— Boję się czegoś tej dziadówki. Babka moja mówiła nieraz, że ucięte włosy, paznokcie lub wypadły ząb powinno się natychmiast palić, by nie dostały się do cudzych, wrogich rąk.
— Ha, ha, ha! I ja coś o tem słyszałem. Ale to przecież śmieszny zabobon, Halko. Doprawdy, nie pojmuję, jak możesz przywiązywać do czegoś podobnego jakąkolwiek wagę.
— A jednak ta baba zabrała z sobą coś ze mnie. Wiesz, Jur, czasem zdaje mi się, że wskutek tego powstał między mną a tą czarownicą tajemniczy, choć niewidzialny związek.
— Przesadzasz. Pod wpływem chwilowego rozdrażnienia wyolbrzymiasz rzeczy nikłe i niegodne twej uwagi... Brr... Chłodno tu jakoś... Chodźmy na słońce!
Westchnęła z uczuciem ulgi i podała mi ramię:
— Masz słuszność. Jak ty umiesz zawsze uspokoić mnie Jur!
Przytuliłem ją do siebie i tak szliśmy czas jakiś... Las przerzedził się i z poza trzonów drzewnych zamigotało ciche, drzemiące jezioro. Nad brzegami zarosłemi sitowiem unosiły się roje błękitnoskrzydłych ważek, pluskotały kurki wodne, pruły