Strona:Stefan Grabiński - Salamandra.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


siedmiu planet, wyzierały pióra wielkich ptaków, różdżki magiczne, fantastyczne trójzęby...
Odkładał jedne, oczyszczał z pyłu drugie, kombinował, brakował, dobierał...
Któregoś dnia otworzył wielką, orzechową szafę, pełną rytualnych strojów.
— Oto szata, którą powinien mieć na sobie mag przystępujący do dzieła w niedzielę — rzekł, wskazując na pierwszy z brzegu strój barwy purpurowej. — Głowę jego zdobi w ten dzień tiara i złote naramiennice.
— Ten biały, lamowany srebrem płaszcz z potrójnym naszyjnikiem z pereł, kryształu i selenitu przeznaczony na poniedziałek t. j. na dzień księżyca; tiarę maga otacza wtedy wstążka z żółtego jedwabiu z monogramem Gabrjela w języku hebrajskim; naramiennice są srebrne...
— A oto szata na wtorek, dzień Marsa. Ta właśnie będzie nam potrzebna.
I zdjął z wieszadła fałdzisty płaszcz w kolorze ognisto-rdzawym, ściągnięty w połowie pasem ze stali.
— Znamienna barwa — zauważyłem, oglądając strój.
— Krwawa — jak na Marsa przystało. Garnitur uzupełniają stalowe naramiennice i tiara opasana wstęgą z żelaza.
— Płaszcz ten przypomina mi trochę paljum rzymskich Saljów, którzy w podobnym rynsztunku odprawiali wojownicze tańce — tripudja po ulicach Romy.
— Nic dziwnego; płaszcz kapłanów Marsa służył tu za wzór.