Strona:Stefan Grabiński - Niesamowita opowieść.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Wszystko więc było wyjaśnione i powód znużenia poniekąd zrozumiały. Chodziło tylko o to, o czem właściwie śniłem i co się ze mną w tym czasie działo. Tu irytowała mię zawsze szczególna niepamięć, jaka omotywała mi mózg po zbudzeniu się: nigdy nie mogłem sobie niczego przypomnieć.
A perypetje autohipnozy musiały być czasami nader zajmujące. Przekonałem się o tem naocznie w dziwny, przypadkowy niemal sposób.
Pewnego dnia, zbudziwszy się nad ranem, spostrzegłem ze zdumieniem na rusztowaniu przy sztalugach kadłub jakiegoś starego posągu. Kamień był już miejscami zwietrzały i porysowany, mimoto znać było jeszcze ślady mistrzowskiej ręki w bajecznie rysujących się linjach torsu. Nie mogłem zrazu absolutnie dociec, jaką drogą ten fragment dostał się do mej pracowni. Myślałem, że może który ze znajomych chciał mi wypłatać figla, lub, że Janowi przyszła ochota uraczenia mnie tym ułamkiem sztuki. Lecz wszelkie dochodzenia spełzły na niczem; każdy wzruszał ramionami i patrzył na mnie jak na szaleńca.
Poddałem więc szczególny nabytek dokładnej obserwacji i po jakimś czasie doszedłem do przekonania, że gdzieś już widziałem ten ułamek o tragicznym rzucie głowy. Przed kilku laty przechodząc koło starego parku w odległej dzielnicy miasta, spostrzegłem w głębi, na pół rozwalonym pjedestale silnie zwietrzały posąg bez rąk, ledwo