Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— O tak, signora ma gościa — rzadkiego gościa.
Gdy wszedłem na stopnie, kotara oddzielająca loggję od wnętrza rozchyliła się i wyszła Rotunda. Spostrzegłszy mię, drgnęła, lecz natychmiast opanowała się i obojętna, z kamiennym spokojem na twarzy chciała mnie minąć. Zawrzałem gniewem.
— Czego tu szukasz? — zapytałem ostro. — Dlaczego włóczysz się koło tego domu?
Zbyła mię milczeniem i zeszedłszy po schodkach, wsiadła do swej gondoli. Plusnęło skrzele wiosła, sfałdowała się woda i łódź wysunęła się skwapliwie na środek kanału.
Rzuciłem się ku wejściu i odsunąwszy draperję, wpadłem do przedsionka. Tu, na posadzce pod jedną z kolumn leżała na wznak Ineza; w piersi jej wbity po rękojeść tkwił wenecki puginał. Pewną miała rękę Gina Vamparone, pewną i niezawodną: ugodziła w samo serce...

I znów jest piękne, weneckie popołudnie, słońce gra na opalowej fali i roztocz laguny skrzy się mirjadami blasków. I znów, jak dnia pierwszego, kiedy ją poznałem, odbijam od