Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A ona podawała mu już mokre, soczyste wiśnie swych ust.
Cicho, tłumiąc odgłos kroków, dotarli do końca czarnej szyji. Dziewczyna położyła rękę na klamce drzwi. Grześ wstrzymał ją:
— Dziś pójdziemy gdzieindziej. Czyżbyś już zapomniała o tem, co ci wczoraj mówiłem? Znalazłem lepsze miejsce.
Wisia popatrzyła mu w oczy pytająco:
— Tędy — odpowiedział, wskazując ręką na złamaną, w półmroku ledwo dostrzegalną falę schodów wstępującą w górę tuż obok prawego skrzydła drzwi.
— Na stary strych? — zapytała, mimowoli cofając się przerażona. — Tędy już nikt nie chodzi od kilku lat. Schody zużyte i spróchniałe.
— Nie bój się, Wiśka — można stąpać bezpiecznie. Chodziłem tam i z powrotem kilka razy i ani jeden nie ugiął mi się przed nogami. Dobrałem klucz do drzwi — wejdziemy na górę jak do własnej sypialni.
Dziewczyna wahała się:
— Boję się czegoś bardzo. Tam tak ciemno i strasznie. Nie widzę końca schodów; możemy spaść po drodze.