Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wczorajsza schadzka trwała krócej niż zwykle. Grześ wpadł tylko na chwilę i spieszył się bardzo. Na odchodnem rzekł tajemniczo:
— Znalazłem nowe miejsce. Będziemy swobodniejsi. Wymyśliłem też nową zabawę, o której ci się nawet nie śniło. Lecz tutajby tego nie można. Tam — co innego.
Przycisnęła usta do jego ust:
— Coś jeszcze rozkoszniejszego? — szepnęła.
— Tak. Wyczytałem w jednej z książek ojca. Już wiem, jak bawią się starsi. Jutro niedziela, rodzice idą z wizytą a mnie wysyłają do kina. Skorzystam z nieobecności; będzie więcej czasu. Ty ze swej strony postaraj się, by mieć wolną rękę. No cóż? Przyjdziesz?
— Przyjdę.
Uśmiechnęła się, zarzucając mu ręce na szyję.
I tak rozstali się. Wisia miała tej nocy niespokojny sen. Ciągle śnił się jej długi czarny korytarz, z którego gardzieli wysuwały się ku niej czyjeś chude ręce usiłując wciągnąć ją w głąb. Broniła się ze wszystkich sił i opierała zmorze wśród rozpaczliwych szamotań; wreszcie wyczerpana walką obsunęła się w ja-