Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zanurzyłem rękę w najbliższą, błądząc palcami w ciemności. Wtem natrafiłem na jakiś twardy, gładki przedmiot. Chwyciłem i wyciągnąłem z głębi: była kość ludzka; mała, wąska piszczel. Pochyliłem się ze stokiem nad skrzynią i wtedy spostrzegłem we wnętrzu całe stosy dziecięcych szkieletów. Leżały zrzucone bezładnie jedne na drugich, wśród jakichś przegniłych łachów, cuchnących szmat, strupieszałych całunów...
Wypadłem z grobowca niewiniątek, pędem przebiegłem głuche galerje i ślepe chodniki i po schodach wydobyłem się na świat...
A teraz siedzę tu, przy biurku u siebie i trzęsę się w podrzutach febry. W głowie zamęt, w żyłach gorączka. Patrzę na ścianę przed sobą i szukam profilu Westalki — djablicy. — Rzecz dziwna! Niema jej już! Zniknęła bez śladu. A wraz z nią i „motyw przewodni“. Ściana jest czysta i pusta. Tabula rasa! Czyżby nareszcie historja skończona?
5 sierpnia.
Zdenerwowany tem, co ujrzałem w grobowej komnacie, długo nie mogłem usnąć. Wkońcu nad ranem zmorzył mię sen ciężki, przesycony scenami ponurej grozy.
Śniło się podziemie klasztoru i jego roz-