Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


prawdę na projekcję, tylko w trochę innem, niż potoczne znaczeniu...
Ostatecznie jednak nie rozumiem celu — nie wiem, poco to wszystko i ku czemu zmierza. Może być wskazówką, może być zapowiedzią — gubię się w przypuszczeniach...
Równocześnie z usunięciem się projekcji klucza wystąpił wyraźniej mdły dotychczas cień drugi: obraz owej niby — ramy. Dzisiaj już linje nabrały sytości i mocy jakby drogą rekompensaty za zanik poprzedniego widma. Owa wczoraj jeszcze mglista, jak pajęczyna wiotka i rozwiewna siatka plam w pośrodku czworokąta przedstawia się wcale wyraźnie. Patrzę na nią w tej chwili i nabieram przekonania, że jest to wizerunek zakratowanego okna. Lecz krata widocznie jest w samym środku wyłamana, jakgdyby przeszła przez nią wielka, działowa kula, lub jakiś ciężki, twardy przedmiot. Może kamień? Cienie krat urywają się w środku, który świeci szerokim, białym otworem pustki. W przystępie dziecinnego kaprysu przyłożyłem głowę do tej idealnej wyrwy, by przekonać się, że rozmiarami odpowiada szerokości mej czaszki.
Gdyby tam — pomyślałem z uśmiechem — poza tą kratą ukrywała się jakaś piękna