Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Otworzyłem drzwi i wszedłem tam z powrotem. Rzeczywiście przeczucie nie zawiodło. Teraz świeciło tu jasne, poranne słońce, całemi strugami zalewając wolną już posadzkę. Postawy sukna przestały snuć się przez okno a rulony, które przedtem przepełniały pokój niemal po brzegi, teraz ułożyły się spokojnie pod jedną ze ścian w jednolity, na 2 metry wysoki ciemno-czerwony graniastosłup.
Zarazy krętkowej ani śladu: materja była czysta, bez zarzutu, o ciepłym, głęboko stonowanym połysku.
Nie byłem sam w pokoju. W środku oblana strumieniami poranka stała dorodna, ciemnowłosa pani, znajoma mi od paru miesięcy, z którą jednak nigdy nie łączyły mnie bliższe stosunki.
Było tak, jakgdyby wraz ze słońcem i pogodą i jej zdrowa, jędrna postać ku rozweseleniu spłynęła w ponure przed chwilą zacisze.
Stała z głową pochyloną trochę, wysunąwszy naprzód nogę, jakby przypatrując się gładko przylegającej do pysznych bioder sukni, jakby badając, czy dobrze leży.