Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wnętrze do połowy wysokości ścian. Miałem ją już po piersi, tkwiłem w niej po ramiona. Czułem, że za chwilę morze sukna pokryje mię i zadusi.
Gdy zziajany beznadziejnem borykaniem się na moment podałem się plecyma wstecz, zdając się na łaskę kotłującego żywiołu, nagle oczy me uderzyło nowe, stokroć groźniejsze zjawisko.
Oto cała powierzchnia sukna pokryła się drobniutkiemi, mikroskopijnie malutkiemi stworzonkami; były śnieżno-białe i jak zwinne przecinki ruszały się żwawo w miljonach, w miljardach zrzeszeń.
Serce zamarło mi w piersiach, bo w tych skrętkach rozpoznałem zarazki okropnej, nieubłagalnej choroby. A żyjątka łaziły mi już po rękach, po szyi, za parę sekund miały już wnęcić się do ust.
Ha!...
Tytanicznym, nadludzkiem wysiłkiem przerżnąłem się przez zagradzające mi drogę zasieki sukienne i dopadłszy jakichś drzwi, pchnąłem je ostatkiem sił do środka i runąłem w przestrzeń poza niemi.
Głębokie uczucie ulgi, błogosławionego ukojenia ogarnęło wycieńczone walką ciało.