Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ślizgać po ramach i powoli podniosła się w górę. Równocześnie przez otwarty przez nią prostokąt wpełznął do wnętrza szeroki na metr kawał sukna ciemno-wiśniowej barwy; koniec dolny materji zesunął się z szelestem z ramy okna na podłogę i spłynął mi do stóp.
Zdumiony spojrzałem ku górze, by zbadać, skąd i jakim sposobem sukno wśliznęło się przez okno. I wtedy spostrzegłem, że materja wysuwa się skądś z przestrzeni, jakoby z niewidzialnego walca i bezustannie falistym ruchem spływa przez otwór do pokoju. Ruch był miękki, niemal jedwabisty, lecz nieubłagany; coraz więcej rulonów koloru czerwonego wina wałęsało mi się u nóg.
W izbie zrobiło się mroczno, gdyż sukno zajęło znaczną część otworu okiennego, uniemożliwiając dostęp światła. Jakiś chłód powiał na twarz od tych fal wiśniowych. Uczułem szczególny lęk. One tymczasem spiętrzyły się podemną grubym zwałem, sięgając mi już do pasa. Ustąpiłem przerażony parę kroków wstecz. Ciemno-czerwony szaniec rozsunął się i zaścielił posadzkę ciepłym, wełnistym kobiercem.
Lecz już nowe zwoje kłębiły się w ekranie