Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


istot ścigłych jak piorun, lekkich jak marzenie przenosili się z jednego krańca świata w drugi; chybkich jak myśl witała pod jutrznię zarania aleja egipskich sfinksów, zatopionych w modłach oglądały w godzinę południa hinduskie klasztory, obrzucało szkarłatem zachodu słońce piramid Meksyku...
Kiedyindziej wzbiwszy się myślą ponad rubieże Ziemi, płynęli w bezkres międzyplanetarnych przestrzeni, lądowali gdzieś w zaświatowych, gwiaździstych przystaniach i znów zrywali się do lotu w lazury Kosmosu. Bywali na zborach duchów czystych, którym na ziemię zamknięta już droga, oglądali egzotyczne gminy półcielesnych stworów żywiołu, lub z dreszczem grozy mijali w przelocie miejsca udręczenia. I coraz trudniej przychodziło im wracać w niziny codzienności, coraz boleśniej cofać się w szranki rzeczywistości i jawy. Ze wstrętem oczekiwali zbliżającej się godziny przebudzenia, z odrazą przeczuwali chwilę wynurzenia się na powierzchnię „życia“. Bo sen stał się teraz ich żywiołem — we śnie zapominali o swej ziemskiej małości, o nędzy swych pragnień, poziomości swych grzechów i grzeszków. Sen — strojny królewicz z bajki przywracał im utracone piękno dusz, od-