Strona:Stefan Grabiński - Namiętność.djvu/135

From Wikiźródła
Jump to navigation Jump to search
Ta strona została uwierzytelniona.


Wysuwa mu się z objęć i szybko zapina stanik. Po chwili siedzą wszyscy troje na werandzie i spożywają kolację. Wielka cisza zmierzchu spływa łagodnie na uśmiechnięte ich twarze...

Potem marzenia poszybowały w błękitne dale przyszłości. Litościwy sen, oszczędzając umęczone serca, przerzucił most niepamięci poprzez lata cierpień, udręki i małżeńskiej zdrady i powiódł ich gościńcem ukojenia, co wił się tam, po drugiej stronie wstęgą szeroką i jasną.
Henryk i Stacha wstąpili nań wdzięczni. Spleceni w nierozerwalnym już na wieki uścisku kochankowie poszli tym marzennym traktem ku jutrzniom dni przyszłych. I śnili... Śnili swe szczęście ogromne, dla którego nie było miejsca na ziemi, padole względności. Gdy zbudziwszy się nad ranem, każde z nich szło do swych codziennych szarych zajęć — kraina cudu zamykała się za nimi na żelazne wrzeciądze na przeciąg kilku godzin jawy, by znów otworzyć przed stęsknionymi swe gościnne podwoje na tajemniczą chwilę nocnego spoczynku. Za dnia przesuwali się obok siebie i ludzi obcych jak fantomy, jak półżywe