Strona:Stefan Grabiński - Demon ruchu.djvu/208

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Spałem godzin parę. Nagle wśród najgłębszego snu usłyszałem nerwowe dzwonienie. Na pół przytomny zerwałem się z otomany, zasłaniając oczy przed rażącem światłem gazu w lampie. Dzwonek wzywał powtórnie. Podbiegłem do aparatu, przykładając ucho do receptora.
Mówił Joszt urywanym głosem:
— Wybacz... że ci przerywam sen... Wyjątkowo muszę puścić dziś wcześniej... towarowy Nr 21... Trochę mi nieswojo... Odejdzie za pół godziny... wydaj odpowiedni sygn... Ha!...
Błonka wydawszy parę chrapliwych tonów, nagle przestała drgać.
Nasłuchiwałem z tętniącem głosów sercem, czy czegoś nie usłyszę lecz nadaremno. Z tamtego końca drutu szło ku mnie głuche milczenie nocy.
Wtedy zacząłem sam mówić. Pochylony ku otworowi aparatu rzucałem w przestrzeń słowa niecierpliwe, wyrazy bolu... Odpowiadała kamienna cisza. — Wreszcie zataczając się jak pijany na nogach, odszedłem w głąb pokoju.
Wyciągnąłem zegarek i spojrzałem na tarczę; było 10 minut po dwunastej w nocy. Odruchowo porównałem czas ze zegarem ściennym nad biurkiem. Rzecz dziwna! Zegar