Strona:Stefan Grabiński - Demon ruchu.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pewnej niedzieli, zjechawszy jak zwykle w odwiedziny, zastałem Joszta w posępnym nastroju; był chmurny jakiś i ponury. Zapytany o powód zbył mię zrazu niczem i gwałtem nadrabiał miną. Wtem nawinął się Głodzik; coś tam meldował, prosił o dyspozycye. Naczelnik bąknął ni to, ni owo, popatrzył mu dziwnie w oczy i uściskał jego szorstką, spracowaną rękę.
Zwrotniczy odszedł zdumiony zachowaniem się przełożonego, kręcąc z niedowierzaniem swoją dużą, kędzierzawą głową.
— Biedak! — szepnął Joszt, patrząc smutno za mm.
— Dlaczego? — zapytałem, nie pojmując całej tej sceny.
Wtedy Joszt wytłómaczył.
— Miałem zły sen tej nocy — mówił, unikając mego spojrzenia — bardzo zły sen.
— Ty wierzysz w sny?
— Niestety, ten, który śniłem dzisiaj, jest typowym i nigdy nie zawodzi. Widziałem dzisiejszej nocy starą, zapadłą ruderę z powybijanemi szybami. Ile razy mi się wyśni ten przeklęty budynek, jest nieszczęście.
— Ale w jakim związku pozostaje to ze zwrotniczym?
— W jednem z pustych okien ujrzałem wy-