Strona:Stefan Barszczewski - Czandu.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I zakołysały się, biegnąc w przestwór, fale elektryczne, przeleciały w mgnieniu oka tysiące kilometrów i trafiły do celu.
Przez chustę, zakrywającą usta Eli, wyrwał się jęk cichy, zatrzeszczały sznury, krępujące jej ręce, cała postać przechyliła się ku przodowi.
W czarnej, pudełkowej ramie telekinematografu ukazał się tak dobrze jej znany gabinet ojcowski, a w nim droga postać ojca, obok zaś Parkera i w głębi d-ra Chwostka.
I zaczął się znany już nam dialog.
Ze wzruszeniem, wstrząsającem dusze, z oddechem zapartym słuchali go więźniowie, i przebiegł ich dreszcz zimny, gdy usłyszeli zapowiedź Azjaty. Ela jednak na widok d-ra Chwostka przypomniała sobie nagle wyrazy, słyszane w samolocie, i wiedząc, jak głuchy lekarz biegle czyta z ruchu warg, postanowiła, bądź co bądź, zawiadomić swoich o miejscu, w którem wylądował, jak przypuszczała, helikopter azjatycki.
Udało się jej wreszcie oswobodzić usta ruchem dolnej szczęki i wymówić dobitnie, choć milcząco, dwa razy:
— Ułan daba, Ułan daba!
Czynność ta zajęła ją do tego stopnia, a powodzenie tak podnieciło, że nie myślała już prawie o strasznej groźbie, rzuconej przez Azjatę.
Zapowiedziany kwadrans zwłoki wydawał się jej dostateczny, aby przybyła odsiecz.
Jeżeli wszakże Ela zamieniła się cała w słuch