Strona:Stefan Żeromski - Wybór Nowel.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




ZAPOMNIENIE

Zapowiedzieliśmy gajowemu Lalewiczowi, że nazajutrz przed świtem będziemy u niego, skąd ma nas poprowadzić na młode kaczki — «klapaki», — do jemu tylko wiadomego smugu nad stawem.
Słowo się rzekło, — trzeba było wstać przed drugą w nocy, naciągnać długie buty i iść. Idziemy tedy z panem Alfredem, papierosy palimy, gwarzymy od niechcenia... Idziemy twardą ścieżką między zbożami. Zgięte już ku ziemi kłosy okwitłego żyta do twarzy nam niemal dostają, — na każdym z nich wiszą ogromne krople rosy.
Z rozkoszą przesuwasz rękę po mokrych kłosach i pozwalasz, by cię biły po twarzy. Pachnie zboże...
Czasami pociąga od Wisły nie wiatr, — lecz zdrowy chłód, niby wilgotny oddech ziemi, ukrytej w nocy. Nie porusza ścian zboża, lecz je głaska, dotyka ustami, jak pocałunek. Wtedy kłosy leniwo, przez sen tłuką się o siebie i cichy szmer płynie w zbożu. Strząśnięte krople zlatują z łuski kłosów, przypadają do kolan ich, z kurzu zzutych, i wiszą tam do świtu. Z bardzo daleka, z głębi olszyn nad rzeczką, dolatuje odgłos pieśni słowika. Leci po rosie tkliwe nawoływanie: przyjdź, przyjdź, przyjdź!... i niewysłuchane cichnie między trawami. Nastaje cisza długa, póki nie wypłynie z niej staccato ekstatycznej, gwałtownej, namiętnej, upajającej,