Strona:Stefan Żeromski - Wybór Nowel.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nuże, małe! — zawołał wesoło na konie woźnica, rozgrzewając się za pomocą obijania boków pięściami.
Za chwilę mijali pędem szereg chat, do strzech zasypanych śniegiem. Na tle szyb zamarzniętych okien, od których padały na drogę kręgi światła, rysowały się cienie głów.
— Wieczerzę ludzie jedzą... — bez żadnej potrzeby zauważył chłop, przypominając doktorowi czas ”wieczerzy”, której spożywać dnia tego nie miał nadziei.
Konie zatrzymały się przed jakimś domostwem; chłop wprowadził doktora Pawła do sieni i znikł. Namacawszy klamkę doktór wszedł do małej, nędznej izby, oświetlonej kagankiem naftowym.
Zgrzybiała i zgarbiona jak rączka parasola kobiecina, ujrzawszy go, zerwała się z łóżka, poprawiła chustkę na głowie i jęła mrugać powiekami, a wytrzeszczać czerwone oczy ze źle tajonym przerażeniem.
— Gdzie chora? — spytał. — Samowar macie?
Stara w przerażeniu swym do słowa przyjść nie mogła.
— Samowar macie, herbaty możecie mi zrobić?
— Jest ten ta samowar... jeno cukru...
— Masz tobie! cukru nie ma?
— A nie ma... chybaby Walkowa mieli, bo to panienka...
— Gdzież ta wasza panienka?
— A dy w stancyi nieboga leży.
— Dawno chora?
— Pokłada się to ta już ze dwie niedziele, a teraz ani ręką, ani nogą. Ścisnęło i pokój.
Uchyliła drzwi do izby sąsiedniej.
— Zaraz! ogrzać się muszę, — zawołał gniewnie doktór, zdejmując futro.