Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya pierwsza.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
22
ANANKE

Ten właśnie czas osłabiał mię najbardziej. Chodząc od okna do okna, oddawałem się na pastwę rozmaitych ćwiczeń umysłowych: uprzytomniałem sobie i segregowałem rozmaite zadziwiające nazwy, takie jak: Czukizaka, Titikacha, Dawalaghiri, wyliczałem na pamięć takie właśnie aorysty, których nieznajomość przyprawiała mię swego czasu o lufy, mnożyłem godziny przez minuty, minuty przez sekundy, czasami nawet w sekrecie przed samym sobą posuwałem wielką wskazówkę zegara...
Właśnie podczas jednego z takich wyczekiwań na przybycie szybkonogiego, wpadłem na pomysł mniej więcej genialny: — postanowiłem dla uniknięcia zwłoki, sam jeździć na pocztę.
Jeździłem tedy konno — «cichym, rzewnym, smutnym truchtem», marząc z przymkniętemi powiekami o słodkich wyrazach «sowiookiej», które na chwilę złagodzą dokuczliwą newralgię duszy, pociąganej na zewnątrz ciągle i nieodparcie do zamglonych krain szczęścia.
Stawałem przed samą pocztą zazwyczaj o godzinie dziesiątej, wchodziłem do biura, kłaniałem się panu Ignacemu i czekałem. Pan Ignacy był jedynym dygnitarzem swej kancelaryi. Był to człowiek młody jeszcze, ale niesłychanie i przedwcześnie zdezelowany. Siedział zawsze przy biurku w surduciku, przypominającym tużurki czasów kampanii węgierskiej, splamionym w jakich sześciuset miejscach, w niezwykle szerokiej przydeptanej, a oblepionej od dołu warstwą zeschłego błota dolnej szacie i gumowym kołnierzyku, — przekładał listy, tłukł je pieczęcią i pisał, mrugając czerwonemi powiekami.