Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya pierwsza.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dlaczegóż na czas nie wrócił? — zawołał, przyskakując do chłopca.
— Zabłądziłem na polu, koń mi ustał... piechotą przyszedłem rano... panienka już wtedy...
— Kłamiesz!
Chłopiec nie odpowiedział. Spojrzał mu doktór w oczy i dziwnego doznał wrażenia; oczy te były zmęczone i straszne, wyglądała z nich, jak z podziemnej jaskini, chłopska, głupia, zdziczała rozpacz, podobna do niedocieczonej tajemnicy.
— Ja tu, panie, odniosłem książki, co mi ta nauczycielka pożyczyła, — mówił, wyciągając z zanadrza kilka wyszarzałych i zabrudzonych tomików.
— Daj ty mi pokój... idź precz! — zawołał doktór, odwracając się od niego i uciekając do pokoiku.
Tam stanął wśród porzuconych na podłodze rupieci, papierów, książek i ze śmiechem pytał sam siebie:
— Czego ja tu chcę?... Nic tu po mnie, nie mam prawa!
Obejmowała go cześć głęboka, zrozumienie, wwiadywanie się pilne, wielka pokora. Gdyby tam został choćby godzinę dłużej, doszedłby do tego szczytu łańcucha gór, na którym siedzi szaleństwo. W sekrecie przed samym sobą wiedział, że go zdejmuje obawa o siebie. W tem wszystkiem, co go zmiażdżyło owej chwili, była ogromna niesymetrya z nim samym, coś, co wyważało z głębi jego duszy ostateczny rdzeń uczuć ludzkich — egoizm i, egoizm ten dusząc, kazało naprawdę dać się otaczać tęczy, która unosiła z ziemi tę głupią dziewczynę. Trzeba uciekać co prędzej... Zgo-