Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zacięty i zginą, albo, cofając się przed pędzącym tłumem, spadną po nocy w przepaść. A przecie my ich możemy u ratować! Rano...
— Ach, rano! Rano będzie przecież ta sama bistorya! — rzucił się Gudin.
— Nie sądzę — rzekł Mottet. — Możemy ich zwabić wszystkich na przełęcz, ukazując się w małej liczbie, jakbyśmy przybywali od Furki, a gdy na spotkanie nasze wystąpią, wtedy rzucimy się na nich z całą siłą i popędzimy ich do Rodanu...
— Nie potrzebujesz, Mottet, zwabiać ich, bo sami na szczyt idą... — rzekł z uciechą Le Gras, który ciągle stał przy wyłomie i obserwował miejscowość. Wszyscy skoczyli ku niemu i, popychając jedni drugich, wyjrzeli na Grimsel.
Istotnie oddziały austryackie wstępowały na wyżynę i w porządku wzorowym zajmowały swe miejsca w obozie. Rozniecano tam zaraz przygasłe ogniska, waląc w nie suchy mech kępami. Na dole, u podnóża góry, nad jeziorami i nad Aarem zapalono ich jeszcze więcej. Został tam znacznie wzmocniony oddział dla obserwacyi i jakaś jedna kompania, rozstawiona w załamaniach ścieżki na pochyłości góry. Reszta załogi w sile prawie 2000 ludzi powoli zgromadziła się dokoła Todtensee. Białe mundury, jak śnieg, okryły zarówno płaskie wybrzeże jeziora od strony Hasli, jak i zwaliska kamienne, leżące na wyższym brzegu od Valais nad skałami Mayenwand.
W stronę Furki jeziorko wyciągało swą płytką szyję, w zakończeniu której mieściły się szałasy oficerskie, paliły ognie i gotowała wykwintniejsza wieczerza.