Strona:Stefan Żeromski - Wczoraj i dziś. Serya druga.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pan Opadzki zaczął mrugać szybko powiekami i rzekł przez zęby do jednego z rezydentów:
— Wołaj go, waść, tutaj z łaski swojej!
Franuś zjawił się po chwili z głową obwiązaną jakiemiś szmatami, zpod których wyglądały plamy krwawe.
— A to co? — rzekł pan, wpatrując się w jego oczy.
— A cóż? — Chłopstwo mię zobaczyło... Wciągnęli mię do izby.
Franuś usiadł na stołku i zapłakał głośno.
— Ty mi tu, proszę cię, nie lamentuj, tylko rzecz opowiadaj!...
— Ładna opowieść — ani słowa! Jak jeden człowiek zaczęli wrzeszczeć, że na pańskie więcej nie pójdą... Racice mi pod nos tkali, i parli mię do ściany. Szczęście, żem się dorwał jakoś do drzwi, chlusnąłem za próg i na szkapę. Ale, gdym już miał nogę w strzemieniu, któryś mię zdzielił w łeb kamieniem. Mroczki mi stanęły w oczach... Szczęście, że kobylsko poszło w cwał, bo bym ta był całego łba nie wydostał. Jaśnie pan zawsze mnie samego... zaczął z płaczliwie górnego tonu.
— Franuś... milcz z łaski swojej — rzekł pan Opadzki spokojnie, wydymając wargi i patrząc na okno.
Po chwili wzniósł brwi, rozłożył ręce i rzekł:
— To trudno... to trudno! Kto sieje wiatr...
Wszyscy uroczyście milczeli, tylko Franuś głośno stękał.
— Żeby tak na mnie padło — nno! — zaczął mówić basowym szeptem najmłodszy z rezydentów