Strona:Stefan Żeromski - Uroda życia tom 2.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nie pomyśli.
— W samej rzeczy, czemużeś taki osowiały? — spytał „pryncypał“ Darzewski, mierząc go badawczem okiem.
— A cóż, u Boga Ojca, — drgawek mam dostawać z radosnej ekstazy? I czego? Cóż mię tak dalece pocieszającego spotkało?
— Kuzyn Piotr przyjechał.
— A no to się już raz ucieszyłem i teraz się drugi raz cieszę. I on wie o tem, że się cieszę.
— Trzeba go zostawić w spokoju, niech się pławi w melancholii... — rzucił Darzewski.
— Tybyś się także spławił, żeby ci przyszło tak jak mnie świecić oczami przed tą babiną...
— Przed którą babiną?
— No, przed starą Górniaczką.
— Matką tego Pawła Górniaka?
— Dowiedz się...
Darzewski syknął i strzepnął palcami.
— Cóż ona mówi?
— A kto tam wie, co ona mówi!
Wiktor wstał ze swego miejsca i przeszedł się po pokoju. Śmiał się ironicznie, mówiąc:
— Przywiozła synalowi z głębi radomszczyzny buty, koszule, przyodziewek na jesień, żeby zaś chłopak nie marzł, — serki owcze i krowie z podśmietania, bardzo dobre, podeschnięte, masła osełkę sporą, miodu faseczkę. Niechże się choć chłopaczyna pocieszy w tem więzieniu. Wszystko mi sprezentowała, żeby pan adwokat wiedział, co było, a pomógł ze swej łaski odstawić chłopakowi do