Przejdź do zawartości

Strona:Stanisław Przybyszewski - Powrót.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Otworzył je szybko — ujrzał Polę, zdyszaną, rozgorączkowaną, całą roztrzęsioną.
Oczy jej były roziskrzone: lęk, trwoga, niepokój, a równocześnie coś jakby radosne wyczekiwanie, tryumfalne podniecenie biło z nich gorącem światłem.
Drobna, delikatna, a urokiem wytwornej piękności zniewalająca twarz to bladła spływającą krwią do serca, to znowu nagle kraśniała gorącymi wypiekami, jak w gorączce.
— Co się stało? pytał wystraszony.
— Chwilkę poczekaj... teraz dopiero wyzwalać się jęła. — Wybacz, żeś musiał na mnie czekać... Tłumy, nieprzeliczone tłumy na ulicy — słyszysz?
Coraz rozgłośniej rozbrzmiewał śpiew, coraz bliższe okrzyki...
— Wojna! oddychała głęboko — Austrya, Niemcy, Rosya...
Nigdy nie stanęła mu wizya ich ziemi z taką niesłychaną mocą przed jego oczyma, jak właśnie w tej chwili.
Serce w krtań mu wrosło, zatrząsł się od stóp do głowy:
— I Polska! wykrztusił.
— I Polska! odpowiedziała gorącem echem.
— Jutro jedziemy...
— Jutro! powiedziała z mocą i zarzuciła ramiona na jego szyję.
— Tak, tak, tak!



III.


Janta konia przywiązał do drzewa w głębi lasku, a sam podpełzł aż ku zrębom, i wyciągnięty na brzuchu, wpił się oczyma w ten wyśniony, wytęskniony widok jego wsi, jego pól.
Wreszcie! Dusza rozegrała mu się oszołomioną radością ptaka, rozśpiewał się w niej w niebo bijący hejnał spełnionych marzeń, dokonanych tęsknot.