Strona:Stanisław Przybyszewski - Polska i święta wojna.djvu/19

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    w przedśmiertnych konwulsyach, tarzała się Polska. Wprawdzie ożywił Napoleon jej głowę dyplomatycznym kunsztem do chwilowego życia biednym, niegodnym wielkiego cesarza, bękartem politycznym: W. Ks. Warszawskiem, ale głowie tej brakowało członków. Upadek Napoleona zamknął zmęczone oczy skołatanej głowy — przypadło jej tylko w udziale, ujrzeć, jak gasł ostatni promyk ongiś wspaniałej gwiazdy, tej nieszczęsnej mamiącej gwiazdy, która swem światłem przez dziesiątki lat przyświecała najgorętszym snom wolności i niepodległej mocy, która syciła swem światłem najzuchwalsze pragnienia i »pewności« narodu i przed jego oczyma bezustannie wyczarowywała złudną »Fata Morganę« potężnego Odrodzenia, w dyby rosyjskiej niewoli zakutej swej Duszy.
    Ubóstwiany, czarujący Aleksander l nie omieszkał obudzić z pijanego snu nadziei, zachwytów, absolutnych pewności naród polski swojem ostrem, grubijańskiem i bezgranicznie cynicznem: »Pas des illusions, messieurs« — dał mu wprawdzie śmieszną karykaturę konstytucyi, dla której atoli na oścież otworzył drzwiczki, drzwi, wrota bezwstydnemu, bezwzględnemu despotyzmowi. Polskę wykreślono z karty Europy — płaczmy w dalszym ciągu nad tem bezprawiem, które już dla króla »polskiego« Augusta Mocnego — było »une grande affaire« — pozostał tylko kraj Nadwiślański, a Europa — ta właśnie, na którą nasze spłakane oczy w ciężkiej męce, w rozpacznem wyciąganiu rąk wy-