Strona:Stanisław Przybyszewski - Polska i święta wojna.djvu/12

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    Jak przepotężnie zerwała się Dusza z długiego uśpienia, ja olbrzymią mocą wyrosła w niebo w swem przebudzeniu!
    Nigdym nie zadrżał z taką pokorą przed jej Mocą, jak wtedy, gdym dniem i nocą widział przeciągające bezustannie pochody szeregów wojsk — bez końca, bez końca, uwieńczonych kwiatami, strojnych w odświętne szaty, wśród gorących, wawrzynu chciwych pieśni bojowych — za »świętą« sprawę, — kroczących bez końca w państwo Śmierci!
    Ale niema już Śmierci!
    Moc Duszy skruszyła w proch najstraszniejszą zmorę ludzkości.
    Katafalk i karawan stał się laurem chwały uwieńczonym rydwanem — trumna rozkosznem łożem ślubnem, a pogrzebne pienia rozbrzmiewają radosnem weselem epithalamii.
    Śmierć ponętna i kusząca przodownica stanęła z kosą, kwieciem strojną, powiewającą wstęgami wieńca żniwnego przy uroczystej bramie tryumfalnej i zaprasza nieprzeliczone szeregi poprzez gościnne progi w gospodarza dom.
    A oni idą ochoczo i wesoło, a każdy z nich z najbogatszym plonem, jaki w swem życiu zebrać zdołał, a wśród nich wszystkich ujrzałem nagle gromadkę najbiedniejszych ofiarników, których nie starczyło na daninę w dobytku i bogactwie, więc każdy z nich wyrwał z swej piersi mocarną krwią ociekające serce i ta-