Przejdź do zawartości

Strona:Stanisław Przybyszewski - Poezye prozą.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

rytmy te faliste jej ruchy spływać będą w olśnione jego oczy...
Wszedł do mieszkania przyjaciela, na którego liczył z całem zaufaniem. Zżyli się przecie od dziecka, byli jak braćmi, przyjaciel miał mu wiele, wiele do zawdzięczenia.
Ale to już nie był ten sam serdeczny stosunek. Czuł się skrępowany — nieśmiały. Drogi, na których się zwykle spotykali, dziwnie się rozchodziły, każdy krok naprzód oddalał ich coraz bardziej.
Czuł, jak pomiędzy nimi jęło powstawać coś tajemniczo trzeciego, coś nowego, obcego, coś, co raczej z niego samego zionęło, z niego, z każdej jego komórki, z każdego włókna, które wszystkie nią przesycone były.
Uśmiechał się z tych rojeń, ale pomieszanie jego wzrastało. Przez nią stał się zupełnie inny, wszystko, co nią nie było, stało mu się obcem, nie ciekawemo, dstręczającem.
Nie mógł się przekonać, aby się zwierzyć przyjacielowi.
Każda chwila stawała się nieznośniejszą. To coś obcego stało między nimi, rosło, potężniało z każdą chwilą, rozpychało ich brutalnie w nieskończoność rosnącemi ramionami...
Poszedł...