Przejdź do zawartości

Strona:Stanisław Przybyszewski - Poezye prozą.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.




Ale pozwolisz mi prędko, prędko przyjechać do siebie — tkliwie zawiesiła mu się na szyi.
— Ależ z pewnością za dwa, trzy tygodnie, napiszę po ciebie, a potem...
Przycisnęli się do siebie w długim gorącym uścisku Wziął jej głowę w swoje ręce i pieścił się z jej włosami.
— Tak nieskończenie jestem ci wdzięczny. Nigdy nie wierzyłem w miłość, teraz po raz pierwszy wiem, że jestem kochany, że nie ma ofiary, którejbyś ponieść dla mnie nie zdołała.
Przyciągnął ją do siebie.
— Nie będę nigdy nic od ciebie żądał, ale wierzę, wiem, że wszystko możesz dla mnie zrobić, — wszystko...
— Najcięższą ofiarę, rzekła cicho — nie ma nic na świecie, czegobym dla ciebie nie poświęciła... Zażądaj tylko, szczęściem rozkoszą mi będzie, duszę, wszystko ci oddać...
Całował ją długo po czole, po oczach, po włosach.
— Teraz jestem szczęśliwy, rzekł po chwili, całkiem szczęśliwy jestem, jakbym się odrodził, tak się czuję silnym i młodym.