Strona:Stanisław Grochowiak - Wiersze wybrane.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Oda — plecy


Jedna miała głowę, zasługujące jajo,
A druga była w dłoniach wyśpiewana do końca,
Tamta niesie gorycz podzwrotnikowych krajów,
I jest też taneczna, kosteczkami dzwoniąca;
Ciebie piszę w zimie, w ogromniejącej świecy
Za plecy

One są dwie — dwie krainy osobne,
Zamknięte w horyzontach jak określone koła;
Spływając w wąski trójkąt, w najbardziej czułą połać,
Wznoszą się i opadają wyżynom dwom podobne.
Lecz można także znaleźć w nich kształty płaskich mieczy:
Wówczas to są twarde, niemiłosierne plecy.

A tu — pośrodku — kanał. Muzyczna złota rura,
W niej przepływa słońce, gdy szczypiesz mnie wargami,
Lecz tędy też przemyka złowrogość twa pochmurna,
Gdy krzyczysz ponad nami.
A kocham je w ciemności i wtedy ożywają:
Jest rzek podskórnych szelest, jest lądów powstawanie —
I wówczas następuje zbiegnięcie obu krain
W nieboskłon wszystkich planet na oszronionej ścianie.
Maleńki, ogłupiały — z ogarkiem drżącej świecy
Przekradam się przez plecy.