Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i bomba jak zawsze była widoczna z daleka; i szedłem tam także teraz, już prawie nie słysząc orkiestry i nie widząc Anda i może nawet nie zdając sobie sprawy że jest tutaj że siedzi obok, byłem tam, szedłem, to letnie późne popołudnie jest jeszcze upalne i mimo iż zdjąłem koszulę pocę się idę szybko ktoś tę bombę przewraca mi już prawie codziennie kilkadziesiąt metrów przed jej miejscem mam schowany rewolwer wezmę go jak zawsze i może zmienię jeszcze naboje będę już wtedy prawie biegł „może zdążę może wreszcie dzisiaj zdążę”
— Idziemy.
— Tak, — odpowiedziałem wstając — idziemy.
Na ulicy And powiedział: „marzyło się, co?”; odpowiedziałem że nie, że spałem.
— Spałeś? A co ci się śniło?
— Krótkie spodenki.
— I harcerska chustka.
— Może i chustka. Słuchaj, ja się nie pytam, co tobie się śniło.
— Bo ja nie spałem. Ale ty... Poczekaj; spałeś będąc w moim towarzystwie; ja jestem już dla ciebie tak mało interesujący że śpisz przy mnie.
— Jesteś mało interesujący.
Zatrzymał się. Stanąłem również.
— Jestem gówno; można już przy mnie spać, co?
Ziewnąłem; udałem że ziewam.
— Gówno?
— Chce mi się spać — odpowiedziałem,
otwarł usta (a tamto wszystko mówił z tym swoim dość zwyczajnym — a jak mi się nieraz wydawało jakimś diablim — uśmiechem; ja uśmiechałem się również) oczu nie widziałem lecz wiedziałem jakie je już