Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tem nadszedł i należało wyjść And nadal siedział nieruchomo, „może śpi” pomyślałem, cieszyłem się że zasnął i nie pójdziemy, że ta chwila będzie trwać jeszcze;
trwa jeszcze, „jest mi dobrze” myślę, może And się poruszył, powiedział coś, teraz znowu siedzi nieruchomo z głową wspartą na ręce i spuszczonymi powiekami, może powiedział właśnie to — „dobrze” — jestem pewien że słyszałem to słowo,
„dobrze” a więc zaraz pójdziemy chcę nawet wstać wiem że muszę, nie chcę żeby on mnie ubiegł widzę już nieomal jak stoi przede mną gdy ja siedzę i śmieje się ciągnąc mnie za rękaw; nie, to właśnie ja szarpnę go za rękę, może uderzy głową w stolik, „zaraz wstanę” myślę, powtarzam to sobie,
orkiestra przestała grać i And wstaje i ogarnia mnie wściekłość że on, że mnie ubiegł, jestem tak zły że kopnę go chyba jeżeli mnie dotknie; ale on nawet nie patrząc nie mnie od razu wychodzi do szatni, „niech więc idzie, ja tu zostaję” myślę, jednocześnie wiem przecież że zaraz za nim pójdę;
tymczasem on wraca, wyszedł tylko po papierosy, powiedział coś do mnie, odpowiedziałem chyba „tak” lub „w porządku”, może jeszcze coś, nie myśląc o tym co mówię, potem paliliśmy milcząc, orkiestra za chwilę będzie już znowu grać;
ta historyjka z poziomkami — myślałem przypominałem sobie — była jeszcze przed bombą, przed rewolwerem —
stal jego lśniła w księżycu jak cudowna lampa Aladyna „podejdźcie czekam” ale na myśl że naprawdę usłyszę te zbliżające się kroki gorąca fala podchodziła