Strona:Stanisław Czycz - Ajol.djvu/25

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A, bo nie lubię grzybów. Zresztą to był zdaje się trujący.
— To po cóż go brałeś?
— Zdawało mi się przedtem że dobry.
Spytał mnie czy wiem po co do mnie przyjechał, powiedziałem że nie.
— Przyjechałem po rewolwer.
— Prawda, chcesz się kropnąć, i ja mam być z Lidką, pamiętam. Chętnie ci go dam, ale
— ale co?
— Dam ci go.
— Najpierw jednak coś zrobimy, coś sobie pomyślałem, przyjechałem po rewolwer i po ciebie. Wiesz że mnie nie zależy już na niczym
— wiem, nie widzę u ciebie nic na czym by mogło zależeć.
— To jasne widzenie orientuje cię chyba że i ty nie masz nic do stracenia,
mówił o napadzie na pewną knajpę, ma to przemyślane musi się nam udać, będziemy mieć wreszcie forsę więc do wyboru dziwy w ogóle co nam się zachce, zdecydowany z sobą skończyć pomyślał że skazaniec gardzący szansą zakosztowania tak zwanej urody życia w tych co mu jeszcze zostały dniach jest frajerskim durniem
— i pomyślałeś w tym sensie też o mnie — wtrąciłem.
— Za ciebie; wiem że jesteś w myślenie ubogi więc cię wsparłem.
— Sam już o takim napadzie myślałem — powiedziałem (niezupełnie zresztą kłamiąc).
— To cię nie doceniałem. Zabieraj rewolwer d jedziemy, gdzie go masz?
— A jak się nie uda?
— Będziemy mieli rewolwer. Jesteś już powiedzmy zdecydowany skończyć i obojętny ci dzień i sytuacja, z najprzeróżniejszych czy nie podoba ci się bojowa, zginąć na polu chwały, co?
— Ale rewolwer mam schowany w lesie daleko stąd a teraz chce mi się pić i muszę iść do domu.
Poszedł ze mną, napiłem się wody, wróciliśmy do