Przejdź do zawartości

Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Ryta.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

ła groźna, kiedy uciekła, zabierając dokumenty i kosztowności.
— Twoja w tem zasługa, żeśmy je odzyskali! — zauważył Stratyński. — Zamieniłaś sprytnie walizeczki, napotkawszy ją przypadkiem w cukierni... — dodał, — gdyż w taki sposób wytłomaczyła narzeczonemu Vera odzyskanie zguby, nie mogąc wyznać prawdy.
Otocki teraz zagryzł usta do krwi, aby nie krzyknąć głośno. Zasłona spadła mu z oczu. Pojął nakoniec to, co dlań najbardziej było niezrozumiałe. Ponowne poszukiwanie przez Rytę w jego mieszkaniu torebki.
Ale w takim razie cały misternie ułożony wywód o napadach obłąkania sypał się w gruzy. Ryta nie jest obłąkaną. Raczej awanturnicą, szantażującą ojca. Ale Vera! Co za podłość! Nareszcie zrozumiał czemu zaszczyciła go swemi odwiedzinami i swą łaską. Fakty łączyły się w jeden logiczny splot. Ów „buldog“, ów Waryński doniósł Verze, o swej wizycie u Otockiego i zaznaczył, że tam znajduje się walizka. Vera, wykorzystując znajomość z Lalą Turowską, postarała się go spotkać i reszta wiadoma... Skorzytawszy z uśpienia zamieniła walizki. Nie w cukierni to nastąpiło, jak kłamie Stratyńskiemu, a u nie go w mieszkaniu... Brr... Wstrętne...

Pojmuje teraz, czemu Ryta zrobiła mu piekielną awanturę. Pojmuje czemu dokonała włamania, pragnąc odebrać papiery i klejnoty... A potem, jak obie udają, jak kręcą... Jak grają komedję... Vera

64