Przejdź do zawartości

Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Ryta.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

chwili jednak spostrzegł, że drzwi są niezamknięte. Pchnął je — i znalazł się wewnątrz dużego holl‘u.
— Nikogo...
Rozejrzał się dokoła. Zdala dobiegały podniecone głosy.
Więc tam?
Bez namysłu pobiegł szerokiemi, zasłanemi puszystym dywanem schodami na górę, na pierwsze piętro.
Wykrzykniki stawały się coraz wyraźniejsze.
Duży salon, za nim gabinet...
A później...
W rogu gabinetu stała wtulona panna Ryta — „prawdziwa“. Rozpoznawał nawet sukienkę, tę samą, w jaką była ubrana na spacerze. Zasłaniał ją blady, z rozszerzonemi z przestrachu oczami, Stratyński, rozkrzyżowawszy ręce. Pośrodku zaś pokoju, dwóch służących szarpało się z awanturnicą — „fałszywą Rytą“ starając się daremnie odebrać jej browning.
Padały podniecone wołania.
— Zastrzelę... zabiję...
— Trzymaj od tyłu... Ja za rękę...
— Och... Wyrwała się...
— Nie... Mam... mam...
— Puścić...
Wyrwany siłą rewolwer potoczył się po podłodze. Podskoczył doń Stratyński i pochwycił raptownie. Sytuacja została uratowana — niebezpieczeństwo minęło. Otocki odetchnął głęboko. Czuł, jak wielkie krople potu spływają mu z czoła.

— Nareszcie...

184