Przejdź do zawartości

Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Ryta.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Acha...
Stratyński porwał się z za biurka i jął powoli i dobitnie cedzić wyrazy.
— Więc kiedy pan oszukiwał mnie razem z Verą, uważał pan, że wszystko jest w porządku... Kiedy zaś przeniosła ona innego nad pana, przychodzi mnie ostrzegać?...
„Buldog“ zmięszał się. Rozmowa inny poczynała przybierać obrót, niźli to sobie wyobrażał.
— Obowiązek... — bąknął.
— Obowiązek? — zawołał z gniewem Stratyński. — Nie obowiązek, a podłość... Pan się mści podle, jak tchórz, z za płota...
— Panie prezesie! — Waryński zbladł i mimowolnie również powstał z miejsca.
Lecz Stratyński dał folgę oburzeniu.
— Powtarzam, jak tchórz... Twierdził pan przed chwilą, że chciał zastrzelić Verę... Nie wierzę! Nigdy nie ośmieliłby się pan na nią podnieść ręki, nie ośmieliłby się nawet szukać zaczepki z Otockim.... Pan tylko potrafi oczerniać! Kto odgrywał względem mnie niecną rolę, a później przyszedł wszystko opowiedzieć, tylko dla tego, że nadal nie chce znać go kochanka, jest szubrawcem! Pan jest szubrawcem, panie Waryński...
„Buldog“ mienił się na twarzy.
— Prezes mnie obraża...

— Milczeć! Nie będę tu wydawał sądu o postępowaniu Very! Ale z panem zamierzam skończyć! Proszę mi się zgłosić za godzinę do mojego sekretarza! Tam będzie czek na okrągłą sumkę. Panu tylko

129