Strona:Stanisław Antoni Wotowski - Karjera panny Mańki.djvu/94

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    ma Doriałowicza dość i że nie stoi temu nic na przeszkodzie, aby Hipcio wysunął swą kandydaturę.
    — Dziewczyna, jak ogień! — wspomniał — lubię takie... Hm, cóż spróbujemy...
    Postanowił udać się z wizytą do Mary. Peszyło go nieco wczorajsze pożegnanie, lecz... W najgorszym wypadku nie przyjmie go, ale jeśli przyjmie... potrafi on jej przemówić do serca... Czy z nim równać się może jakiś Doriałowicz?
    Trawiony temi myślami kręcił się Hipcio po swym luksusowych gabinecie. Starannie obejrzał piękne obrazy na ścianie, jakby je widząc dopiero po raz pierwszy, z zamyśleniem popatrzył na gabloty z kosztowną porcelaną, wreszcie przystanął koło sanktuarjum — małej wmurowanej w ścianę szafki. Otworzył ją kluczykiem, który stale nosił przy sobie na srebrnym łańcuszku i wyciągnął sporych rozmiarów jasne, skórzane pudełko. Trysnął snop światła, zajaśniał szereg zapinek, bransolet, pierścieni mniej lub więcej kunsztownych cacuszek, zagrały w promieniach słonecznych tysiącem świateł nieoprawne drogie kamienie... To była duma Hipcia, jego „kolekcja” Pogrzebał chwilę śród kosztowności z wyrazem zadowolenia rozlanym na twarzy, jakgdyby samo zetknięcie z martwemi przedmiotami sprawiało mu rozkosz zmysłową. Poczem wybrał jakiś pierścionek, wnet odłożył a natomiast wziął inny
    — I ten wystarczy — mruknął.

    Pierścionek ów to była cena, za jaką na początek zamierzył zdobyć dobre względy Mary. Ponieważ jednak, mimo rozrzutności odzywała się w nim czasem ojcowska natura, nie wiedząc jaki obrót przyjmie sprawa wolał ryzykować klejnot skromniejszy. Zatrzasnął skarbiec, ubrał się i skierował swoje kroki w stronę ulicy Wspólnej.

    88