Strona:Selma Lagerlöf - Tętniące serce.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Noc zapadała, ale nie czyniło się chłodniej, przeciw gorąc rósł z każdą chwilą. Musiało tak być zresztą, bo sklepienie niebios zniżało się ciągle. Janowi zdawało się, że opadło już tak, iż dotknęło sterczącego tam w dali wierzchołka Snipy.
Kiedy już tak być musiało, że świat się skończy lada chwila i niema nadziei na otrzymanie wieści od Klary Gulli, a tem mniej na ujrzenie jej, aż chyba w niebie, zapragnął gorąco doznać przynajmniej tej łaski, by mógł się dowiedzieć, czem ją obraził, aby błąd swój naprawić, zanim wszystko co ma z ziemią związek rozpadnie się w nicość. Cóż to było za przewinienie wielkie, którego mu przebaczyć nie mogła? Dlaczego unicestwiła i zabrać kazała cesarskie insygnja?
W chwili, gdy sobie zadawał to pytanie, spojrzenie jego padło na mały kawałek złotego papieru, leżącego na ziemi. Błyskał i migotał, jakby chciał zwrócić jego uwagę na siebie, ale w tej chwili nie miał ochoty zajmować się takiem głupstwem. Była to resztka którejś z gwiazd orderowych, wypożyczonych od szalonej Ingeborgi. O znikomościach tych przez całą już zimę myśleć nawet nie chciał i pogardził niemi całkiem.
Było coraz goręcej i tamowało Janowi oddech. Koniecś wiata zbliżał się szybko, więc pomyślał, że dobrze może, iż przyjdzie odrazu, niespodzianie dla ludzi.
Uczuł, że słabnie z każdą chwilą coraz to bardziej. Nie mógł już prosto siedzieć, spełznął tedy ze stopni i wyciągnął się na ziemi.
Źle to może, iż nie uprzedził Katarzyny o tem, co się stanie. Ale nie wróciła jeszcze do domu i zabawiała się wesoło na uczcie u starego sieciarza.