Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/14

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

zważając na obojętność króla. — Sądzili, że znaleźli coś, co ich wzbogaci i ich potomków również!
— Nigdy już nie będę musiał pracować! — rzekł jeden z żołnierzy — przez cały tydzień nic nie będę robił, a w niedzielę będę jeździł w złotej karecie do kościoła.
— Byli to zresztą roztropni ludzie, ale ten wielki znaleziony skarb zawrócił im w głowie, tak, że mówili jak dzieci. Tyle rozumu jednak mieli jeszcze, że skarb przykryli na nowo mchem. Potem zauważyli pilnie owo miejsce i powrócili do domu. Nim się rozstali, postanowili, że proboszcz uda się do Falun i tam zapyta się starosty górniczego, co to za metal. Miał powrócić jak najprędzej i aż dotąd pod przysięgą przyrzekli sobie wzajem milczeć i przed nikim tajemnicy nie zdradzać.
Król znów lekko uniósł głowę, ale ani słowem nie przerwał opowiadającemu. Zdawał się teraz wierzyć, że ten człowiek ma rzeczywiście coś ważnego do powiedzenia, jeśli nie przeszkadza mu jego obojętność.
— Proboszcz, zabrawszy parę próbek metalu, udał się w drogę. Cieszył on się taksamo, że będzie bogaty tak, jak i drudzy. Myślał o tem, że przebuduje probostwo, które teraz nie było wcale lepszem od pierwszej lepszej chałupy chłopskiej; a potem chciał się ożenić z córką