Strona:Selma Lagerlöf - Opowiadania.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To w takim razie prowadziłby gminę z pewnością najlepiej — odparł król. Nie podobało mu się to, że ten chłop skarżył się na tego, który był jego przełożonym. — Zdaje mi się, jakoby tu panowały dobre obyczaje i prostota ojców.
— Lud jest dobry — rzekł proboszcz — ale też żyje zdala od świata w ubóstwie i zaciszu. Ludzie tu zapewne nie byliby lepsi, jak inni, gdyby pokusy tego świata były bliższe.
— No, niema chyba obawy, żeby się to stało — rzekł król i wzruszył ramionami. Zauważył, że natknął się na człowieka, który troszczy się niepotrzebnie nieswojemi rzeczami.
Król nie rzekł ani słowa więcej, lecz zaczął bębnić palcami po stole. Sądził, że już dość długo łaskawie z tym chłopem rozmawiał, i począł się dziwować, kiedy tamci drudzy załatwią się z odpowiedzią.
Ci chłopi nie są tacy skorzy przyjść z pomocą swemu królowi, pomyślał. Gdybym tylko miał swój powóz, pojechałbym precz od nich i ich narad w swoją drogę.
Pastor znowu siedział strapiony i walczył z sobą, jak może rozstrzygnąć ważną sprawę, którą do końca doprowadzić musi. Rad był, że nie powiedział królowi, kim jest. Mógł bowiem teraz mówić z nim o tem, o czem inaczej nie byłby zdołał mówić.
Po małej chwili proboszcz przerwał milcze-