Strona:Rudyard Kipling - Księga dżungli (1931).djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z nich korzystać. Siadywały kupą pod cienistą kolumnadą królewskiej sali radnej, iskały się, biły pchły i wyobrażały sobie przytem, że są ludźmi; to znów biegały tam i zpowrotem po odsłoniętych gzymsach domów i, wydłubując kawałki tynku czy też starych cegieł, gromadziły je w jednym z kącików, by za chwilę zapomnieć o tem, gdzie je schowały; to znów zbijały się w gromadę, z krzykiem przewracały się wzajemnie i wiodły zawzięte bójki, a gdy nagle strzeliło im co innego do głowy, wybiegały tłumnie na taras królewskiego ogrodu, gdzie rozpoczynały szaloną gonitwę, otrząsając różokrzewy i drzewka pomarańczowe i radując się widokiem spadającego kwiecia i owoców. Lubiły też przetrząsać najrozmaitsze korytarze i ciemne lochy pałacu oraz setki ciemnych pokoików, ale nigdy nie potrafiły zapamiętać sobie, co już zwiedziły, a czego jeszcze nie zdążyły zwiedzić; przeto wałęsały się wszędzie naoślep, bądź pojedyńczo, bądź parami, bądź nawet całą gromadą, zapewniając się wzajem, że zachowują się zupełnie jak ludzie. Pijąc wodę ze zbiorników, zawsze musiały zmącić ją i zbrudzić aż do dna, poczem — stoczywszy o nią wiele krwawych bójek — wybiegały bezładną zgrają, wrzeszcząc przeraźliwie:
— W całej dżungli niema plemienia tak mądrego, obyczajowego, grzecznego, łagodnego i potężnego, jak plemię Bandar-logu!
Potem znów szło to samo — na odwyrtkę — póki nakoniec małpom nie sprzykrzył się pobyt w mieście. Wówczas wracały na wierzchołki drzew