Strona:Rudyard Kipling - Księga dżungli (1931).djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Wszystko mi jedno! — odpowiedział Baloo, choć czuł się mocno dotknięty. — Powtórz więc Bagheerze czarnoksięskie słowa dżungli, jakich nauczyłem cię dzisiaj.
— Czarnoksięskie słowa?... ale dla jakiego plemienia? — zapytał Mowgli, wielce rad, że będzie mógł się popisać. — Dżungla mówi wieloma językami... Ja znam wszystkie!
— Trochę ich ta znasz, ale nie tak dużo, mój synku! Przypatrz-no się Bagheero, jak te smyki nigdy nie okażą wdzięczności swym nauczycielom! Nie zdarzyło się jeszcze, by które z małych wilcząt przyszło podziękować staremu Baloo za naukę. Powiedz-że więc, wielki mędrcze, jakich to czarnoksięskich słów używają plemiona polujące.
— Ja i Wy jesteśmy jednej krwi! — przemówił Mowgli, nadając tym słowom akcent niedźwiedzi, używany przez wszystkie plemiona polujące.
— Dobrze! A teraz... jak się przemawia do ptaków?
Mowgli powtórzył całe zdanie i zakończył je gwizdem, jaki wydaje kania przed deszczem.
— A teraz przemów do Plemienia Wężów!
W odpowiedzi na to rozległ się syk, niedający się zgoła odtworzyć, poczem Mowgli wierzgnął nogami wtył, klasnął w dłonie na znak zadowolenia i, skoczywszy na grzbiet Bagheery, siadł na nim okrakiem, bębniąc piętami po jej gładkiem futrze i wykrzywiając się staremu Baloo, jak tylko umiał najzłośliwiej.