Strona:Romuald Minkiewicz - U wiecznych wrót tęsknicy.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gdzież tu mówić o ewolucyi Jego mocy twórczej w dalszych utworach?
Zali nie oczywista, że jął się rylca i młota już wrósłszy duchem w obramienie Wieczności, już owiany, wypełniony i prześwietlony słonecznem tchnieniem Wielkiej Sztuki. Dla takich duchów szkolne okresy twórczości nie istnieją. Nie istnieje kwestja naśladownictwa, wzorowania się czy pożyczania tematów.
Wszystko, co jest w nich i z nich się uzewnętrznia, jest samo przez się, dla siebie i ze siebie, — jest istotą rdzenną, własną, samoistną, skądkolwiek bądź pochodzą ziarna, zapadłe w glebę płodną ich duszy... gdyż takie jeno, własne, rdzenne, z nich idące i w nich pełny byt mające, stać się dla nich może tworzywem i kształtem.
Tak jest z Wyspiańskim.
Mickiewicz, Słowacki, Homer... jako indywidualności twórcze nic tu nie zaważyły, jeno materjał dają surowy, materjał życia i postaci, jak dają go gdzieindziej przewijające się wydarzenia ludowe — Wesela, Klątwy, Sędziów, jak daje go przeszłość historyczna Wawelu, Krakowa, Skałki, jak daje go mitologja słowiańska i grecka, jak daje go wreszcie otaczająca natura, barwna, słoneczna i dźwięków pełna, błoni, borów, Wisły...
I tylko. Oczywistem jest to dla każdego, kto wczytał się, wżył, wczuł, wmyślał w greckie właśnie dramaty Wyspiańskiego i zestawił je z Homerem.
Gdy w akcie drugim Wyzwolenia Konrad, mocując się z maskami i z myślami swemi, potrąca wypadkiem w Mickiewiczowskie Nieśmiertelność czuję..., jedna z masek (ośmnasta) wnet go chwyta na »plagjacie«: