Strona:Rabindranath Tagore-Sadhana.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
224
R. TAGORE: SĀDHANĀ

słońca nad nimi. Nowy kraj był ogromnie rozległy i zajmowanie go trwało długie wieki. Z pierwszego okresu (drugie tysiącolecie przed Chr.), kiedy zdobywcy siedzieli jeszcze przeważnie w Pendżabie[1], świadectwa o nich składają pieśni wedyjskie, zwłaszcza Rygweda („Wiedza hymnów“). Znać już na tych pieśniach swoiste piętno indyjskie, ale znać w nich jeszcze niezaprzeczony związek duchowy z dalekimi braćmi z zachodu. W dalszych pomnikach literackich cechy indyjskie uwypuklają się coraz wyraźniej, łączność z zachodem się zaciera. Z krwią ras podbitych wsiąkają obce pierwiastki psychiczne i choć trudno, a może zgoła niepodobna, wyodrębnić ich udział na szczytach twórczości umysłowej, to przecież odmienność tła ogólnego coraz więcej przybiera na wyrazistości. A jednocześnie słońce robi swoje, powoli i bez przerwy. Tężyzna północna ustępuje miejsca wschodniej miękkości. Ideał męstwa nie zginął, ale nabrał innych rysów. Przewagę zaś bierze ideał mądrości. I właśnie wtedy, kiedy Diomedes ścierał się

  1. Taką Jest panująca teorja, zachwiana świeżo przez jednego z uczonych angielskich w arcyciekawej książce, przytoczonej niżej. uw. 97 do str. 201.